Co najmniej 40 domów zostało zniszczonych w dwóch małych miastach w części stanu Kalifornia u wschodniego podnóża gór Sierra Nevada w wyniku szalejącego pożaru – informuje agencja Associated Press. Na szczęście strażacy mają nadzieję na poprawę sytuacji w związku ze zbliżającą się nad region burzą.

Gigantyczny pożar, który spalił do tej pory 7000 akrów ziemi i zmusił do ewakuacji 150 osób ze swoich domów, wybuchł w piątek po południu w pobliżu autostrady na granicy hrabstw Mono i Inyo. Wiatr, który osiągał 100 km/h, wzniecił ogień na pobliskie łąki i pola, całkowicie wyschnięte z powodu trwającej od kilku lat suszy i ekstremalnie wysokich temperatur. Strażacy mieli niezwykle trudne zadanie, aby zapanować nad żywiołem.

„Gdy wiatr dodatkowo zaczął dodatkowo zmieniać kierunki w związku ze zbliżającą się burzą, było to wręcz niemożliwe” – powiedziała kpt. Liz Brown z California Department of Forestry and Fire Protection. „Zrobiliśmy co mogliśmy. Nie udało się uratować wszystkich domów, choć bardzo się staraliśmy uniknąć najgorszego” – dodała strażak.

Wskutek pożaru najmocniej ucierpiały społeczności w Swall Meaddows, gdzie spłonęło 39 budynków, jeden zaś uległ zniszczeniu w Paradise. Na szczęście padający deszcz zaczął stopniowo poprawiać sytuację, według AP strażacy przejęli kontrolę nad ogniem w 65 procentach.

Jednakże Brown podkreśla, że deszcz nie był na tyle silny, by mógł całkowicie ugasić pożar. Trzyletnia susza panująca nad Kalifornią sprawiła, że ziemia w niemal całym stanie jest wyschnięta na wiór. W tej sytuacji o pożar nietrudno.

„Podczas gdy ziemia północnej części Kalifornii i zachodnich stoków Sierra Nevada została nasączona przez intensywne opady deszczu, w miejscu lokalizacji tego ognia widziano go bardzo mało” – powiedział weather.com meteorolog Chris Dolce . „To dlatego, że znajduje się na wschodniej stronie gór Sierra Nevada, gdzie występuje mniej opadów” – dodał.

09.02.2015 02.38